
Czas letni
opowiadanie opublikowane w Magazynie "Helikopter" 11/2020
fragment (całość dostępna tutaj)
"Stałam pośrodku gabinetu przyglądając się własnej sylwetce w wysokim lustrze. W myślach odtwarzałam motywacyjną mantrę utrzymującą mnie przy zmysłach. Letycja Vrubel, odpowiedzialna liderka o nieposzlakowanej opinii, szanowna zarówno przez gości, jak i pracowników, singielka znająca pięć języków – polski, angielski, francuski, rosyjski i kalaallisut. Ivalu, tak nazywają mnie bliscy. Ivalu to inuickie imię zakorzenione w kulturze Grenlandii, oznaczające ścięgno lub nić. Po nitce do kłębka w końcu odnalazłam szlak, który wędrowni przodkowie obrali, aby dostać się aż tutaj. Moja prababka urodziła się w 1920 roku w małym mieście Ittoqqortoormiit, którego nazwa oznacza „mieszkańców dużych domów”. W wieku dwudziestu lat przeniosła się do Nuuk, stolicy kraju, gdzie poznała młodego kanadyjskiego antropologa rozpoczynającego pracę w nowo utworzonym konsulacie. Stała się obiektem podwójnej miłości, jako kobieta i obiekt badań. Krótko później na świat przyszła moja babka, a Kanadyjczyk sprawnie wywinął się od odpowiedzialności. W latach 60. młoda Grenlandka poszła w ślady ojca-uciekiniera i wyjechała do Danii, aby rozpocząć studia kulturowe na Uniwersytecie Kopenhaskim, gdzie poznała swojego późniejszego męża. W 1971 roku, gdy moja matka skończyła dziesięć lat, wyjechali z Kopenhagi do Moskwy. Dziadek, będący Rosjaninem, został zmuszony do pracy na rzecz ojczyzny. Matce udało się przyjechać na studia do bratniego kraju i osiedlić we Wrocławiu. Kilka lat później na świecie pojawiłam się ja, dziedzicząc imię i skazę. Prababka, babka i matka dzieliły imię Ivalu, nierozerwalnie związane nicią utkaną ze ścięgien. Matka przez całe dzieciństwo wmawiała mi, że wraz z imieniem otrzymałam największy dar, a krew płynąca w moich żyłach ma kolor kryształowej wody lodowca. Może dlatego wyrosłam na zimną sukę".